Pamiętacie Karolinę i Wojtka, których ślub na plaży w Costa Paradiso był moim absolutnym top zleceniem? (Jeśli nie – zapraszam do wpisu!) Sardyńska przygoda miała kilka rozdziałów i ten jest pierwszym – sesja narzeczeńska dzień przed ślubem.
Sesja, do której nieomal nie doszło. Bo rano, kiedy spokojnie jechałam w stronę miasteczka Castelsardo, zadzwoniła Karolina z informacją, że jej tato – idąc po bułki do sklepu – natknął się na stado dzików. Wycofując się przed nimi, niefortunnie rozbił sobie głowę. Na szczęście skończyło się na kilku szwach i strachu, ale zanim to się wyjaśniło, tato jechał karetką do szpitala, a ja tę karetkę mijałam na drodze. Przypadek? Reszta wyjazdu miała już oficjalny motyw przewodni: dzik.
Kiedy emocje opadły i tato wrócił ze szpitala w jednym kawałku, ruszyliśmy na sesję. Castelsardo to malownicze, sardyńskie miasteczko z zamkiem na szczycie, wąskimi uliczkami i widokami, od których trudno oderwać wzrok. Przechadzaliśmy się, jedliśmy lody, podziwialiśmy panoramę z zamkowego szczytu, śmieszkując i poznając się nawzajem. Bo sesja narzeczeńska to nie tylko zdjęcia – to moment, w którym ja i para łapiemy wspólny język przed ślubem. Na koniec uciekaliśmy przed deszczem, co na zdjęciach wygląda lepiej, niż brzmi.
Planujesz sesję narzeczeńską za granicą? Brzmi jak logistyczny koszmar? Wcale nie musi tak być. Pomagam zorganizować takie wyjazdy od A do Z – od wyboru lokalizacji, przez plan dnia, po koordynację z pogodą (i dzikami). Wystarczy pomysł i odwaga, a ja zajmę się resztą. Napisz, a opowiem Ci, jak to wygląda w praktyce ❤



