Fotografuję śluby plenerowe od lat i mam jedną pewność: będzie padać. Pytanie tylko kiedy. U Renaty i Dawida padało od rana, więc przynajmniej nie było niespodzianki. Moja przeźroczysta parasolka znów wyjechała z torby (kto śledzi moje wpisy, ten wie – ta parasolka ma już więcej ślubów na koncie niż niejeden ksiądz).
Ceremonia miała odbyć się na zewnątrz, ale deszcz zarządził inaczej i przenieśliśmy się do środka Spichlerza Galowice. I wiecie co? Było pięknie. Rustykalny klimat tego miejsca sprawił, że plan B wyglądał jak plan A. Renata i Dawid podeszli do tego z totalnym luzem i uśmiechem, który nie schodził im z twarzy właściwie cały dzień. Wcześniej zrobiliśmy sesję narzeczeńską, żeby oswoić się z aparatem – i to widać na zdjęciach, bo przed obiektywem czuli się jak ryby w wodzie.
First look był genialny – Dawid stał pod balkonem i wołał Renatę, Renata wyszła na balkon i przez chwilę wyglądało to jak scena z romantycznej komedii. Tylko bez scenariusza i dużo zabawniej.
Wesele w Spichlerz Galowice to był slow wedding w najlepszym wydaniu – ludzie siedzieli, rozmawiali, śmiali się, cieszyli się sobą. Nie każde wesele musi być maratonem na parkiecie i uwielbiam ten klimat. A jak już ktoś wstał do tańca, to był ogień. Bo slow wedding nie znaczy nudne wedding – znaczy, że każdy bawi się po swojemu i w swoim tempie.
Deszcz, rustykalny spichlerz, wyluzowana para i goście, którzy po prostu dobrze się ze sobą czuli. Takie śluby kocham najbardziej ❤



