Jeśli miałabym wybrać jeden ślub, który najlepiej oddaje hasło „róbta co chceta, ale z klasą”, to byłby to ślub Dominiki i Michała. Ślub humanistyczny w Starej Bibliotece we Wrocławiu – odrestaurowana, luksusowa kamienica, kolorowe kwiaty na każdym kroku i temperatura, w której można było smażyć jajka na chodniku.
Dominika i Michał to para totalnie robiąca po swojemu. Mają już synka, który tego dnia miał najważniejszą misję – niósł obrączki. Dominika przed ślubem własnoręcznie robiła i ozdabiała tort (byłam przy tym i pomagałam kibicowaniem). Tort na weselu się nie pojawił i do dziś nie wiem dlaczego. Jedne z moich ulubionych ślubnych zagadek.
Ceremonia w ogrodzie przed Starą Biblioteką odbyła się w temperaturze ponad 30 stopni. Michałowi pot spływał po twarzy w ilościach sugerujących głębokie wzruszenie – ale prawda jest taka, że rozpływaliśmy się WSZYSCY. Kto przeżył ceremonię, ten mógł przeżyć wszystko.
I przeżył, bo potem zaczęła się impreza, która przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Morze alkoholu (ale z klasą!), tatuaże wodne na twarzach, personalizowane koszulki z napisem „Vivat! Szlachta się bawi!”, siedzenie w ogrodzie i gadanie o życiu – a na parkiecie? Dzikie tańce z absolutną wisienką na torcie w postaci Dominiki tańczącej w masce konia na głowie. Tego nie da się wymyślić, to trzeba przeżyć.
Uwielbiam takie pary. Wyluzowane, autentyczne, robiące ślub po swojemu. Stara Biblioteka we Wrocławiu okazała się idealną sceną dla tego pięknego szaleństwa ❤



